Witamy na stronie Lenki Tuziskiej Maj 2012

Aktualnosci

Ha – w tym miesiącu wybrałyśmy się na Ukrainę na delfinoterapię. To był babski wyjazd: Lenka, Małgosia i mama :) To już nasz 4 turnus delfinoterapii i jak na razie chyba nie zrezygnujemy z tej formy terapii. Nie widać co prawda u Lenki jakiś mega skokowych efektów, które można by przypisać bezpośredniemu oddziaływaniu tej formy terapii, ale z drugiej strony Lenka cały czas konsekwentnie się rozwija i boimy się zburzyć algorytm terapii, który wypracowaliśmy przez te lata. A może właśnie ta forma terapii stanowi właściwy puzzle w układance?

Zobacz galerie fotografii: Delfinoterapia | Wieś ukraińska | Lenka i Kacperek

Tym razem wybraliśmy się jednak nie na Krym do Sewastopola ale do Chmielnika położonego w środkowej Ukrainie. Dawne rubieże Polskiej Rzeczypospolitej... Ale bardzo dawne. Tym razem pojechaliśmy samochodem i to miało swoje bardzo dobre strony, bo nie byliśmy uzależnieni od samolotu i mogliśmy pojechać na 11 dni, a nie na 15. No i przede wszystkim nie było tak gorąco.

Tu w przeciwieństwie do Sewastopola terapia odbywa się na zamkniętym basenie w jednym z budynków należących do zespołu sanatoryjnego w Chmielniku. Myśmy mieszkali 20 km dalej w małej wiosce, ale w bardzo czystym, nowym hoteliku. Oczywiście pojechaliśmy tam całą brygadą bodajże w 10 czy 11 samochodów - spotkaliśmy się wszyscy już za granica po stronie ukraińskiej i pruliśmy tak konwojem, co ciekawe najgorsze drogi są po stronie zachodniej - im bliżej do "Jewropy" tym gorzej. Im głębiej w Ukrainę tym towarzyszyło nam więcej zdziwionych spojrzeń, skąd tylu Polaków tutaj na raz :)

A wioseczka, w której mieszkaliśmy niesamowita - jakbyśmy cofnęli się w czasie o naście czy nawet "dziesiąt" lat. Nigdy nie było wiadomo, czy chleb dojedzie do lokalnego GSu, w którym można było kupić wszystko, szeroka droga prowadziła przez wieś (główna do Kijowa) ale poza tą drogą wszystkie boczne wiejskie uliczki to już nie uliczki a dróżki - ubite, broń Boże asfaltowe. Na pewno wioseczka miała wiele uroku, a propo – mieszkaliśmy jakieś 100 km od Kamieńca Podolskiego , część z nas wybrała się tam na wycieczkę - podobno twierdza kamieniecka zapiera dech w piersiach, niedaleko naszego miejsca zamieszkania położona była wioska Baar. Niestety twierdza kompletnie zniszczona – właściwie jedyny po niej ślad stanowi trochę ruin między GSem, a szkołą i pomnikiem jakiegoś działacza... smutno...

Jeśli chodzi o zajęcia – te prowadzone właściwie w taki sam sposób, jak w Sewastopolu. Czyli 15 min terapii z delfinem i 20 minutowy masaż. Lenka była bardzo dzielna. Oczywiście przede wszystkim chciała karmić delfinka rybkami i była bardzo niepocieszona, że tyle czasu musi leżeć żeby się pobawić pod koniec.

No i oczywiście Lenka w wodzie to żywioł, więc doskonale się bawiła chlapiąc. Niestety część delfinów się po prostu boi takich dodatkowych atrakcji, ale jakoś dawaliśmy radę :) Najśmieszniejsze były zabawy delfinów Lenki włosami - najbardziej lubiły fryzury Lenki z wielu warkoczyków- można było wsadzić nos między nie i prychać. Podobało się to i delfinowi i Lence - Panu terapeucie nieco mniej. :)

Jedną z rodzinek, z która przyjechaliśmy razem był narzeczony Lenki – Kacperek z rodzicami :) On i ciocia Beata były, wydaje się, dla Lenki najważniejszymi punktami programu. Miłość między Kacperkiem i Lenką nadal kwitnie.

Lenka odkąd zaczęła raczkować codziennie próbuje pokonywać coraz dłuższe dystanse i czuje się w tej pozycji coraz pewniej! Super! Naprawdę dla wszystkich to był mega szok – oczywiście pozytywny - widząc Lenkę na własnych kolankach sunącą do drzwi z domku i pokazująca ze ona wychodzi.

Jeszcze a propos drogi – muszę dodać ze na granicy bardzo miło nas potraktowano, przepuszczono bez kolejki i bez żadnych problemów. I jak w stronę Chmielnika pruliśmy i nikt nas nie złapał, tak zarówno podczas pobytu, jak i w powrotnej drodze ukraińska milicja miała już na nas oko i nie odpuszczali... tam gdzie się zatrzymaliśmy postawili po prostu na czas naszego pobytu partol, ale podróż ze względu na odległości i stan dróg męcząca i długa. Mimo że zrobiłyśmy przystanek noclegowy w Radomiu (zarówno jadąc w jedną, jak i w drugą stronę) na specjalne zaproszenie Kacperka i jego rodziców. Ciężko było bardzo Lence tyle wysiedzieć w samochodzie... A spać niestety ona nie umie w aucie.

Ale w przyszłym roku i tak wybierzemy Chmielnik, a nie Sewastopol. Damy radę! :)